Historia biegania w Polsce. Jak masy wybiegły na ulice

Historia biegania w Polsce. Jak masy wybiegły na ulice

Masowe bieganie w Polsce narodziło się w Gnieźnie (1978) i na I Maratonie Pokoju w Warszawie (1979). Od żywej świni dla zwycięzcy po rekord Poznania.

Masowe bieganie w Polsce narodziło się pod koniec lat 70.: w 1978 roku w Gnieźnie odbył się bieg otwarty dla każdego, a w 1979 roku w I Maratonie Pokoju w Warszawie wystartowało ponad 2000 osób. Bieg masowy to impreza otwarta dla amatorów, a nie tylko dla zawodników zrzeszonych w klubach. Wcześniej, od 1924 roku, maratony w Polsce były zarezerwowane dla zawodowców. Poniżej cała historia: od żywej świni dla zwycięzcy po rekord Poznania z 2015 roku.

Radiowy mit maratończyka

W latach 60. obraz maratończyka budowały nie telewizyjne transmisje, lecz radio. Wyobraźnię słuchaczy rozpalał Abebe Bikila, który biegał boso. Afrykański biegacz dobrze pasował do socjalistycznej narracji o walce z Zachodem. To właśnie ten skromny Etiopczyk był idolem bohatera granego przez Dustina Hoffmana w słynnym filmie „Maratończyk”. Bikila stał się też wzorem dla innej legendy długich dystansów – Haile Gebrselassie, który później sam porywał kibiców. W Polsce samo słowo „maratończyk” kojarzyło się z zachodnią dekadencją – mniej więcej tak samo jak Coca-Cola czy Disney.

Za ideę masowego biegania Polska powinna dziękować Amerykanom. To oni pierwsi chwycili hasło „biegu po zdrowie” i zaczęli organizować imprezy dla tłumów. Już w latach 70. XX wieku jogging był w USA bardzo popularny – przede wszystkim w wielkich miastach, a najbezpieczniej biegacze czuli się w nowojorskim Central Parku.

„Wisła się pali!”, czyli początki w Gnieźnie

Pierwsze, jeszcze nieśmiałe imprezy masowe zaczęły pojawiać się w Polsce w latach 70. Gazety pisały o zbawiennym wpływie biegania na zdrowie, a do kraju docierało coraz więcej wieści o maratonach na Zachodzie. Wiosną 1978 roku działacze Szkolnego Związku Sportowego z Gniezna wpadli na pomysł zorganizowania biegu otwartego dla każdego.

Klimat tamtych lat dobrze oddaje wspomnienie jednego z organizatorów: dorośli biegający dla zdrowia słyszeli wtedy zaczepki w stylu „nie męcz się, ojczulku”, „wariat” albo „Wisła się pali!”. Organizatorzy z niepokojem czekali, czy ktokolwiek zgłosi się na pierwszy start. Z pomocą przyszli dziennikarze, którzy nagłośnili imprezę:

  • Andrzej Martynkin – „Sztandar Młodych”,
  • Tadeusz Radkowski – „Sport”,
  • Janusz Kalinowski – „Kurier Polski”.

Przy kolejnych edycjach bieg w Gnieźnie promowali także dziennikarze z Gniezna: Krzysztof Łukasik, Jarosław Walerczak, Janusz Michałowski i Radosław Kossakowski, a później dołączyli do nich Zbigniew Cendrowski, Jerzy Bednarz, Lech Gołyński i Przemek Walewski. W kronikach imprezy zachowało się ponad 260 artykułów – takiej dokumentacji mogłaby pozazdrościć niejedna współczesna impreza.

Na miejsce pierwszego startu wybrano Ostrów Lednicki – miejsce, z którego w 1000 roku cesarz Otton III wyruszył pieszo do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie, pierwszej stolicy Polski. Na starcie stanęło kilkudziesięciu pionierów. Od samego początku uczestnikom przyświeca zasada: „Jeśli stanąłeś na starcie wraz z innymi, to już wygrałeś, choćbyś przybiegł na metę ostatni”. Przemysław Walewski, który debiutował w tym biegu w 1986 roku, startował już w kilkusetosobowym tłumie. W 28 edycjach rozegranych w latach 1978–2005 wzięło udział 5160 „lechitów”, a tylko 95 z nich nie dobiegło do mety.

Świniak dla zwycięzcy

Jeszcze pod koniec lat 70. prowadzono dwie osobne klasyfikacje – dla zawodowców, czyli biegaczy zrzeszonych w klubach, i dla amatorów. Już wtedy widać było zamiłowanie do nagradzania zwycięzców w klasyfikacji generalnej i kategoriach wiekowych gadżetami: kryształowymi (a później blaszanymi) pucharami i nagrodami rzeczowymi. W tej dziedzinie organizatorzy wykazywali się ogromną fantazją.

Zwycięzca mógł dostać na przykład żywą świnię, kanapę albo stół – trofeum, którego nie dało się wcisnąć do plecaka i zabrać pociągiem do domu. W latach 80. i 90. królowały już kołdry, koce, śpiwory i sprzęt AGD. Andrzej Krzyścin (w chwili rozmowy 40-letni), jeden z najlepszych polskich maratończyków, wspomina, że na najszybszych zawodników szos czekał wabik w postaci kolorowego telewizora.

Biegacze w ukryciu

Większość ówczesnych 50- i 60-latków zaczynała biegać mniej więcej trzy dekady wcześniej. Jedni chcieli sprawdzić swoje możliwości, inni założyli się z kolegami. Niektórzy musieli ukrywać nową pasję przed żonami. Zbyszek, jeden z takich „cichociemnych”, przyznaje, że mówił żonie, iż jedzie w delegację. Zakładał garnitur, do teczki pakował termos i kanapki, a po drodze odbierał od kolegi torbę z butami do biegania i strojem startowym. Tak kombinował przez dwa sezony, bo bieganie wciągnęło go jak narkotyk. Gdy żona w końcu się dowiedziała, nie zrobiła awantury – uznała, że bieganie jest lepsze niż wypady z kumplami po pracy.

Marian Kapitańczyk chciał sprawdzić, czy kondycja wyrobiona podczas wojskowych zapraw jeszcze go nie opuściła. Miał 26 lat, był świeżo po wojsku i ciekawiło go, czy pokona 12,5 kilometra. Od tamtego startu liczy swoją przygodę z bieganiem, która trwała jeszcze wiele lat – został weteranem tras i wielokrotnym mistrzem Polski.

Inny weteran, 60-letni Tadeusz Rutkowski, mówi, że poczuł ducha rywalizacji, a bieganie zawsze było dla niego sensem życia – sam biegał i uczył tego dzieci. Potrafił jeszcze „pokazać plecy” 20-latkom, kończąc 10 km nawet kilka minut przed nimi. Najpopularniejsze były wtedy biegi na 10, 15 i 20 km. Organizatorzy często nie mieli doświadczenia i wyznaczali trasy o nietypowych długościach – takich, jakie akurat komuś pasowały. Moda na półmaratony i maratony przyszła dopiero później.

Trening „na czuja”

Marian Kapitańczyk ma na koncie blisko 700 biegów i prawie 30 kilogramów medali. Trenował metodą prób i błędów, sam będąc dla siebie „królikiem doświadczalnym”. Jak wspomina podczas wspólnego treningu nad poznańską Maltą, dwadzieścia lat wcześniej nikt nie słyszał o specjalistycznym treningu, zakresach intensywności czy ćwiczeniach uzupełniających.

Podczas rozmowy z Marianem Kapitańczykiem biegacze pokonywali tzw. Swarzędz – pętlę liczącą 25 kilometrów. Według Kapitańczyka biegało się równym tempem, każdy trening wyglądał podobnie, a miarą jego skuteczności były hektolitry potu: im więcej, tym lepiej. Nie było napojów izotonicznych, suplementów ani odnowy biologicznej, biegało się w trampkach, a dietą nikt się nie przejmował – schabowy z ziemniakami i tyle.

Przełomem, który dotarł także do maratonu, okazała się metoda biegu ciągłego, z powodzeniem stosowana przez australijskiego trenera i byłego olimpijczyka Rona Clarke’a. Wcześniej trenowano głównie interwałowo, co wymagało stadionu i rozpisanego planu – a to skutecznie odstraszało amatorów.

Amatorzy na start!

Maratończycy rywalizowali w Polsce regularnie od 1924 roku, ale przez długi czas biegi na tym dystansie były zarezerwowane dla zawodowców – imprez dla amatorów po prostu nie organizowano. Henryk Braun, nestor polskich biegaczy (w chwili rozmowy 96-letni), trenował w poznańskiej Warcie i startował u boku Kusocińskiego i Nojego, choć według dzisiejszych kryteriów uznano by go za amatora.

Henryk Braun przebiegł niezliczoną liczbę zawodów. Jak mówi, nie biegał tylko podczas okupacji, bo kto biegł, ten uciekał – a do uciekających się strzelało. Jego żona zapowiedziała, że zacznie biegać po sześćdziesiątce, i dotrzymała słowa.

Prawdziwy początek masowych maratonów w Polsce to 1979 rok i I Maraton Pokoju w Warszawie. Pomysł biegu dla amatorów zrodził się pod koniec lat 70. w głowach dwóch ludzi:

  • Zbigniewa Zaremby – trenera polskich długodystansowców i pierwszego dyrektora maratonu,
  • Józefa Węgrzyna – redaktora naczelnego pisma „ITD” i pomysłodawcy całego przedsięwzięcia.

Zaremba i Węgrzyn wzięli na siebie stronę organizacyjną Maratonu Pokoju, a przede wszystkim przekonanie władz partyjnych, że dwa tysiące ludzi w krótkich spodenkach biegnących przez miasto nie wywoła zamieszek.

Maraton Pokoju miał wystartować już w 1978 roku, ale udało się go zorganizować dopiero rok później. Największym orędownikiem idei był Tomasz Hopfer – niegdyś świetny biegacz (mistrz Polski w sztafecie 4×400 m), a wówczas znany dziennikarz TVP. Swoją postawą pokazywał widzom w całym kraju, czym jest uprawianie sportu, a jego akcję „Bieg po zdrowie” starsi biegacze wspominają do dziś.

Maraton krótszy o pół kilometra

Dzięki Hopferowi Maraton Pokoju stał się celem każdego biegacza amatora. 30 września 1979 roku na starcie stanęło ponad 2000 zawodników z całej Polski. Ruszyli sprzed bramy Stadionu Dziesięciolecia – na długo zanim zamienił się on w „Bazar Europa”. Amatorzy wystartowali razem z zawodowcami.

Był to pierwszy w historii Polski otwarty bieg maratoński. Debiut wypadł imponująco: dwaj najszybsi zawodnicy uzyskali czasy o ponad półtorej minuty lepsze od ówczesnego rekordu Polski, należącego do Jerzego Grosa. Późniejszy pomiar wykazał jednak, że trasa była za krótka o co najmniej 500 metrów – tak tę historię opisują organizatorzy warszawskiego maratonu.

Rekordu z I Maratonu Pokoju nie uznano, ale frekwencyjny sukces był bezdyskusyjny. Rok później, w 1980 roku, na starcie II Maratonu Pokoju stanęło 2,5 tysiąca biegaczy, a metę osiągnęło 2295 z nich. Dla porównania:

  • w 1980 roku w maratonie w Berlinie wystartowało 363 biegaczy,
  • drugą edycję maratonu nowojorskiego w 1971 roku ukończyło 245 osób, w tym 5 kobiet.

Warszawski maraton z 1980 roku był więc pod względem liczby uczestników większy od berlińskiego, a także od drugiej edycji maratonu nowojorskiego z 1971 roku.

W 1981 roku warszawski maraton ukończyło jeszcze 2015 osób, ale był to łabędzi śpiew tamtej fali. Od początku lat 90. nazwę Maraton Pokoju zastąpiła nazwa Maraton Warszawski. Zaangażowanie Hopfera napędzało wielu biegaczy i organizatorów – gdy w 1982 roku zmarł na zawał serca, nie mając nawet 47 lat, popularność masowego biegania wyraźnie spadła.

Pamięć o Tomaszu Hopferze

Po stanie wojennym biegi zaczęto organizować od nowa, odwołując się do idei Hopfera. Imię Tomasza Hopfera noszą m.in.:

  • Memoriał im. Tomasza Hopfera – zawody lekkoatletyczne rozgrywane na Ursynowie od 1983 roku,
  • ogólnopolski bieg uliczny im. Tomasza Hopfera w Janowcu Wielkopolskim, organizowany co roku,
  • coroczny przełajowy Bieg Jesienny im. Tomasza Hopfera w Parzymiechach.

Powrót do metod partyzanckich

W 2002 roku Maraton Warszawski miał się nie odbyć z powodów organizacyjnych. Ratowania imprezy podjęli się sami biegacze i wspólnymi siłami doprowadzili do tego, że impreza jednak się odbyła. Ten tzw. partyzancki maraton ukończyło 307 osób. Rok później metę osiągnęło już 1070 zawodników, a 27. Maraton Warszawski ukończyło 1689 biegaczy z całego świata. W 2005 roku maraton po raz pierwszy odbył się w ramach Warszawskiego Festiwalu Biegowego – pierwszej tego typu imprezy w Polsce.

Poznań przejmuje pałeczkę

Stolicą polskiego maratonu stała się jednak nie Warszawa. Przełom przyniósł w 2000 roku Hansaplast Poznań Maraton – solidny budżet sponsora tytularnego pozwolił na profesjonalną oprawę i przyciągnięcie blisko tysiąca biegaczy. Warszawski bieg przechodził wtedy kryzys i nawet gdy wrócił do formy, długo nie mógł dogonić imprezy w stolicy Wielkopolski.

Nowy rozdział otworzył 6. Poznań Maraton – najliczniejszy maraton w dotychczasowej historii Polski. Metę minęło 2398 zawodników z kilkunastu krajów, więc w 2005 roku Warszawa straciła tytuł „największego w historii” na rzecz Poznania. Szef poznańskiego maratonu Janusz Rajewski zapowiadał wówczas, że wkrótce na starcie stanie 3 tysiące biegaczy. Rzeczywistość przerosła te plany: w 2015 roku poznański maraton ukończyło 6251 zawodników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

You May Also Like