Jedni kolekcjonują znaczki, inni monety albo stare karty telefoniczne. Doug Kurtis zamiast tego latami zbierał maratony przebiegnięte poniżej trzech godzin — i uzbierał ich tyle, że jego dorobek do dziś wygląda jak literówka w bazie wyników. Najlepsze jest to, że przez cztery dekady startów ani razu nie rozłożyła go poważna kontuzja czy wypalenie. Poniżej jego sposoby na bieganie maratonów seryjnie i bez ofiar.
Rzemieślnik, nie gwiazdor
Kurtis to pisarz i dyrektor biegów z Livonii w stanie Michigan. Przez ostatnie 40 lat ukończył 205 maratonów, a 200 z nich zbiegł poniżej trzech godzin. Jego start w Detroit sprawił, że dołączył do zaledwie 33 osób na świecie, którym udało się złamać „trójkę” na królewskim dystansie w pięciu różnych dekadach.
Wszystko zaczęło się, gdy miał 22 lata. Wcześniej ścigał się w przełajach i na bieżni, ale dał się namówić znajomym na 42 kilometry — i od razu boleśnie przekonał się, czym średnie dystanse różnią się od długich. Już po 16 kilometrach nabawił się dotkliwych otarć i pęcherzy, więc zatrzymał się na dziesięć minut, żeby wpaść do apteki. Farmaceuta opatrzył ranę i dał mu wkładki do butów. Mimo tego przestoju Kurtis ukończył bieg w 2:47:10. Uznał, że jest w tym dystansie coś wyjątkowego, i wkręcił się na dobre. W latach 1980–1995 pokonał 161 maratonów — wszystkie poniżej trzech godzin.
Jego klasę najlepiej oddaje to, że barierę 2:20 złamał 76 razy, w tym dwanaście razy w samym tylko sezonie 1989. Jak wspomina maratończyk i autor książek o bieganiu Jerzy Skarżyński, Kurtis nie promieniował gwiazdorstwem, a jego życiówka 2:13:34 była jak na ówczesną czołówkę ledwie przeciętna — dobry rzemieślnik, nie więcej. Skarżyński przyznaje jednak, że dopiero po zakończeniu własnej kariery dotarło do niego, jak imponujący jest taki dorobek: dla wielu biegaczy zejście poniżej 3:00 to wyczyn życia, a dla Kurtisa było czymś niemal codziennym.
Zapytany o sekret tak długiej kariery bez urazów, Kurtis odpowiada rozbrajająco prosto: po prostu lubił to, co robił. Dziś zarzeka się, że na trasie maratonu już go nie zobaczymy — choć w to akurat trudno uwierzyć.
10 zasad Douga Kurtisa na złamanie 3 godzin w maratonie
To żelazne reguły, które przez 40 lat utrzymywały Kurtisa z dala od kontuzji i pozwalały mu wracać na start raz za razem.
1. Zapisz się od razu
Konkretny cel motywuje do pracy, a cel, za który już zapłaciłeś — jeszcze bardziej. Im wcześniej opłacisz wpisowe, tym lepiej. Nawet jeśli ostatecznie coś ci wypadnie i nie wystartujesz, to i tak dobra inwestycja: świadomość wydanych pieniędzy każe regularnie wychodzić na treningi przez kolejne miesiące.
2. Biegaj wolno
Kurtis przeznaczał na pracę nad tempem maratońskim lub na start w zawodach tylko jeden dzień w tygodniu. Resztę treningów robił w komfortowym, swobodnym tempie. Jego logika jest prosta: w maratonie liczy się wytrzymałość, nie szybkość, a dobre tempo i tak przyjdzie samo wraz z rosnącym kilometrażem.
3. Zmieniaj buty
Najlepiej mieć pod ręką kilka modeli i żonglować nimi. Kiedy jedna para przemoknie, ma czas spokojnie wyschnąć i wolniej się zużywa. Nie chodzi tylko o trwałość: badania z 2013 roku wykazały, że biegacze rotujący różnymi parami butów przez 22 tygodnie obniżyli ryzyko kontuzji aż o 39 procent w porównaniu z tymi, którzy biegali wciąż w jednej parze. Sam Kurtis przez całą karierę zdarł ich ponad 700.
4. Trenuj na zawodach
Kurtis często wpisywał w plan starty na krótszych dystansach — jak wspomina, nigdy nie czekał na zawody dłużej niż pół roku. Dzięki temu oswajał stres przedstartowy, a długie biegi w warunkach rywalizacji wydawały się łatwiejsze niż w pojedynkę. Jeśli więc nadarza się okazja do startu, zamień weekendowy trening na zawody. W planie masz 20 kilometrów? Wystartuj choćby na 15. Pierwsze kilometry potraktuj jak rozgrzewkę, a całość przebiegnij w luźnym tempie.
5. Spróbuj dwa razy
Drugi trening, kiedy jesteś już wykończony po pierwszym, przypomina zderzenie ze ścianą na maratonie. Jeśli przećwiczysz to wcześniej, na zawodach łatwiej poradzisz sobie ze zmęczeniem — nawet po 32. kilometrze będziesz wiedział, że mimo zmęczenia da się biec dalej. Dlatego Kurtis radzi, by w dni z odrobiną wolnego czasu dorzucić drugi, około pięciokilometrowy bieg.
6. Boli? Odpuść
Sposób na przejście całej kariery bez urazów jest banalny: kiedy organizm wysyła pierwsze sygnały, że coś jest nie tak, rób przerwę, a w razie potrzeby skonsultuj się z lekarzem. Kilka dni wolnego i modyfikacja planu to żadna tragedia — dzięki temu unikniesz poważniejszego urazu i znacznie dłuższego pobytu na ławce rezerwowych.
7. Znajdź kumpla lub grupę
Partner biegowy albo grupa to najlepsza motywacja i wsparcie. Biegnąc samotnie, często masz wrażenie, że harujesz nawet w tempie 5 min/km. W grupie tempo 4 min/km potrafi wydawać się zwykłą rozgrzewką.
8. Dostosuj plan
Plan Kurtisa — albo dowolny inny, który znajdziesz w sieci czy w prasie biegowej — warto dopasować do własnych potrzeb. Jeśli możesz biegać pięć dni w tygodniu zamiast sześciu, połącz krótszy bieg z jednego dnia z dłuższym z innego: odpuszczone 5 kilometrów dorzuć do 10 z kolejnej jednostki. Przygotowujesz się do biegu w górach? Jeden trening tempowy zamień na sesję z podbiegami.
9. Czaruj słowami
Przez kryzysowe kilometry Kurtisowi pomagał przebrnąć stały zestaw prostych zwrotów. Powtarzał sobie w kółko „zrelaksuj się, zrelaksuj się”, a gdy rywale go mijali albo gdy na starcie roznosiła go energia, mówił sobie „bądź cierpliwy”. Jeśli uporczywie wmawiasz sobie, że poradzisz sobie z negatywnymi emocjami i dyskomfortem, w końcu rzeczywiście ci się to uda.
10. Wyciszaj się
Daj sobie chwilę na ochłonięcie po treningu i nie pędź od razu do rozciągania — ani nie przesadzaj z jego intensywnością. Kurtis przyznaje, że widział wielu biegaczy, którzy robili sobie krzywdę, próbując wciskać ciało w trudne pozycje jogi. Zwykle dzieje się tak, gdy ktoś jest zbyt ambitny i lubi rywalizować: wyciska z siebie ile się da i boleśnie odkrywa własne granice.
Każda z tych zasad z osobna brzmi jak oczywistość. Dopiero zsumowane przez 40 lat składają się na coś, czego dotąd dokonała garstka ludzi na świecie — 200 maratonów poniżej trzech godzin, bez kontuzji i bez wypalenia.




