Można opowiedzieć tę historię jako relację z choroby. Można też — i tak będzie celniej — jako opowieść o tym, jak wraca się do zwykłego życia. U Mileny Trojanowskiej ten powrót zaczął się od krótkiej deklaracji: że chce znowu biegać. Choruje na stwardnienie rozsiane, a mimo to ukończyła maraton, pracuje, pisze i regularnie trenuje. To, co z jej drogi zostaje najmocniej, to upór i pogoda ducha.
Sport jako sposób na trudne dni
Poddawanie się nigdy nie leżało w jej naturze. Jako nastolatka chciała grać w rugby i nawet spróbowała — skończyło się to ciężkim urazem kręgosłupa i dwoma tygodniami na szpitalnym wyciągu. Już wtedy ruch był dla niej regulatorem emocji: kiedy w okresie dojrzewania nastroje skakały, rozładowywała je wysiłkiem. Gdy taniec i boisko przestały wchodzić w grę, zostawało bieganie.
Obecnie sporo czasu pochłaniają jej wizyty u lekarzy i pobyty w szpitalach, bo żyje ze stwardnieniem rozsianym (SM). Nie oznacza to jednak rezygnacji z aktywności. Trenuje, wykonuje swoją pracę, prowadzi bloga, bywa na konferencjach naukowych i znajduje czas dla najbliższych.
Diagnoza i nawracające rzuty
Pierwsze sygnały były niepokojące: zaburzenia ruchu i czucia w nogach. Milena zaczęła coś podejrzewać, sprawdziła objawy w internecie i tak dotarła do nazwy choroby. Lektura o stwardnieniu rozsianym ją przeraziła — bała się wózka inwalidzkiego i pełnej zależności od innych. SM przebiega rzutami, a u niej zdarzały się one często; kilka razy w roku lądowała w szpitalu.
Najtrudniejsza okazała się ta poszarpana ciągłość. Objawy wracały: trudności z chodzeniem, osłabienie, ból, kłopoty ze skupieniem. Plany trzeba było zawieszać na czas leczenia, a potem od początku wracać do dziennikarstwa i do współpracy z Polskim Towarzystwem Stwardnienia Rozsianego. Z biegiem lat nauczyła się to przyjmować — przeczekać gorszy etap i wrócić do swoich spraw.
W okresach remisji starała się biegać, kiedy tylko mogła. Bieg był namiastką zwyczajności w czasie, gdy choroba zabierała tak wiele.
Jedno pytanie rehabilitanta
Nadszedł moment, w którym potrzebowała pomocy przez całą dobę. Na wizycie u rehabilitanta usłyszała proste pytanie — z czym właściwie przyszła, czego oczekuje. Nie miała gotowej odpowiedzi, więc powiedziała to, co przyszło jej do głowy najpierw: że chce znów biegać. Od tego się zaczęło.
Wróciła do biegania, a po pewnym czasie postawiła sobie cel maratonu. Przebiegła pełny dystans, choć — jak wielu — gdzieś za trzydziestym kilometrem zwątpiła i przyrzekała sobie, że to ostatni raz. Po odpoczynku jednak chciała spróbować znowu. Na trasie tamtego biegu straciła czucie w stopach i musiała pilnować, by nie zaplątać się we własne nogi. To właśnie z powodu mniejszej wrażliwości stóp na treningach biega boso.
Wyrzeczenia, które przynoszą satysfakcję
Gdy zaczynała trenować z chorobą, lekarze nie byli zgodni — nikt nie wiedział, jak SM odpowie na wysiłek. Dziś Milena dobrze zna własne ciało. Tę wiedzę przekłada na bloga, gdzie wspiera innych i publikuje rozmowy z osobami w podobnym położeniu. Z PTSR planowała też zorganizować w Warszawie bieg, który zwróciłby uwagę na chorych i pokazał, że z SM da się cieszyć życiem.
Bieganie jest dla niej zarazem celem i narzędziem. Celem — bo sam bieg daje poczucie wolności i normalności, którego chorym często brakuje. Narzędziem — bo w gorszych dniach to wysiłek pomaga wypocić zły nastrój i napięcie.
Wie też, że za efektem stoją drobne wyrzeczenia. Dlatego nawet bez ochoty zakłada buty i wychodzi pobiegać. Smażone potrawy zamienia na gotowane, rzuciła palenie, je ryby, których nie lubi, bo jej służą. Za tym wszystkim — za treningiem o świcie — kryje się ukończony maraton, sprawne ciało i choroba odsunięta na dalszy plan.
Nie odmawia sobie przy tym wszystkiego. Pozwala na odrobinę słodyczy, bo zbyt twardy rygor odebrałby jej radość. A skoro szczęście się liczy, czasem trzeba o nie zadbać po prostu — tak jak wtedy, gdy mama z siostrą zabrały ją ze szpitala prosto do sklepu, żeby kupiła sobie nową sukienkę. Dla małej, codziennej przyjemności z życia.







