Większość biegaczy debiutuje w poważnych zawodach, gdy mają sprawne kolana i kilka dekad przed sobą. Cliff Young zrobił to dokładnie odwrotnie. Australijski farmer wszedł na linię startu jednego z najcięższych ultramaratonów świata dopiero jako 61-latek, a sportowego rzemiosła nauczył się, ganiając krowy po rozmokniętych pastwiskach w gumiakach. Mimo to wygrał, ustanowił rekord trasy i na trwałe wpisał się do historii biegania.
Ludzie ruszają w drogę z najróżniejszych powodów: dla sylwetki, dla zdrowia, dla towarzystwa, dla emocji rywalizacji albo po to, by po prostu pożyć dłużej. Young nie pasował do żadnej z tych kategorii. Bieganie traktował jak naturalny odruch, część codzienności, której nie trzeba sobie tłumaczyć. Pokonywał po trzydzieści kilometrów dziennie, niezależnie od pogody, ze wzrokiem wbitym w horyzont, nie zadając sobie pytania, po co właściwie to robi.
Pastwiska zamiast bieżni
Urodził się w rejonie Otway Ranges w stanie Wiktoria, w okolicy jednego z dużych australijskich parków narodowych. To tamtejszy, zdominowany przez deszcz klimat ukształtował jego wytrzymałość. Padało przez większą część roku, więc Young biegał najczęściej w plastikowym płaszczu przeciwdeszczowym i gumowych kaloszach, traktując pogodę jak coś, czym nie warto się przejmować.
Na farmie bieganie zastępowało mu po prostu inne środki transportu. Zamiast wsiadać do samochodu, by przejechać na drugi kraniec rozległego gospodarstwa i spędzić bydło do zagród, wolał tam dotruchtać. Krowy również zaganiał o własnych nogach. Po strzyżenie potrafił pobiec do miasta oddalonego nawet o czterdzieści kilometrów, bo droga sama w sobie nie stanowiła dla niego przeszkody.
Predyspozycje widać było już znacznie wcześniej. W 1955 roku zajął trzecie miejsce w regionalnym biegu na milę, choć dystanse sprinterskie nigdy nie leżały w jego naturze: rozkręcał się dopiero na trasach naprawdę długich. Na rozwijanie talentu brakowało mu jednak czasu. Szkołę porzucił w wieku trzynastu lat, by pomóc ojcu, a potem przejął gospodarstwo. Mimo to przed startem życia miał już za sobą kilka liczących się prób, w tym drugie miejsce w pięciomilowym biegu w Melbourne i wygraną w stumilowych zawodach pod Sydney.
Sydney–Melbourne 1983: zawodnik, którego skreślono przed startem
27 kwietnia 1983 roku na starcie ultramaratonu z Sydney do Melbourne pojawił się drobny, niepozorny farmer w wieku 61 lat. Przed nim rozciągało się około 875 kilometrów trasy, a o zwycięstwo miało walczyć z nim dziesięciu rywali, wśród których byli rekordziści i triumfatorzy najważniejszych ultramaratonów kontynentu. Young był najstarszy w całej stawce i wyglądał jak człowiek, który trafił tu zupełnie przypadkiem.
Pozory myliły. Spora część rywali nie miała pojęcia, kim jest ten dziwny starszy mężczyzna, i właśnie dlatego machnęła na niego ręką. Tymczasem za niepozorną sylwetką krył się zawodnik z doświadczeniem, talentem i autentyczną żyłką rywalizacji. Sam Young nie startował zresztą po zwycięstwo, chciał po prostu uczestniczyć w wydarzeniu, które żyło wtedy cała Australia.
Dwie godziny snu, które przesądziły o wszystkim
Pierwszego dnia farmer trzymał się rywali, a po kilku godzinach zaczął nawet mijać tych, którzy ruszyli zbyt ostro. Około drugiej w nocy poczuł jednak ostry ból w ramieniu, który nie miał go już opuścić do końca. Zdecydował się na przerwę na sen i jedzenie. Zjadł fasolę z puszki i uzgodnił ze swoim trenerem oraz masażystą, że sześć godzin regeneracji w zupełności mu wystarczy.
Kiedy ponownie ruszył, dookoła wciąż było ciemno. Niedowidzący opiekun pomylił się przy odczytywaniu zegara i obudził zawodnika nie po sześciu, lecz po zaledwie dwóch godzinach. Pozostali biegacze przespali pełne sześć godzin i po przebudzeniu zorientowali się, że Young uciekł im już o jakieś czterdzieści kilometrów. Najistotniejsze okazało się jednak co innego: farmer odkrył, że potrzebuje dużo mniej odpoczynku, niż dotąd zakładał. Przez resztę biegu kładł się już tylko na maksymalnie cztery godziny na dobę.
„Young shuffle”, czyli oszczędność zamiast prędkości
Od momentu, gdy objął prowadzenie, Young przykuł uwagę mediów. Dziennikarze z trudem przyjmowali do wiadomości, że na czele wyścigu znalazł się farmer poruszający się w tak osobliwy sposób. Szurał stopami, ledwie odrywając je od asfaltu i prawie nie zginając kolan. Ręce zwisały mu wzdłuż tułowia, a wzrok pozostawał przyklejony do drogi, jakby był w transie. Najbardziej zdumiewało jednak to, że ten pozornie nieudolny styl, znany dziś na całym świecie jako „Young shuffle”, okazał się wyjątkowo ekonomiczny pod względem zużycia energii.
Jego przewaga nie brała się z tempa, lecz z liczby godzin spędzonych w ruchu. Gdy konkurenci biegli po dwanaście godzin dziennie, on przebierał nogami szesnaście, siedemnaście, czasem nawet osiemnaście. Z punktu widzenia rywali po prostu rozpływał się gdzieś w oddali, a jego sylwetka stawała się coraz trudniejsza do uchwycenia, niemal nierzeczywista. Tak narodziło się przezwisko, które przylgnęło do niego na zawsze: „szurająca zjawa”.
Wegetarianin na trasie pełnej hodowców bydła
W trakcie biegu Young spał krótko i zatrzymywał się jedynie na szybkie posiłki oraz najpilniejsze potrzeby. Pił mleko, jadł lody, dynię, zimne ziemniaki i zupę, zawsze bezmięsną. Hodowca bydła był bowiem wegetarianinem. Mięsa przestał jeść w proteście przeciwko wysyłaniu krów na rzeź, uznając własną rezygnację za rodzaj zadośćuczynienia. Po latach przekonywał, że to właśnie dieta zrobiła z niego tak dobrego biegacza.
Im bliżej był mety, tym mocniej rosło zainteresowanie jego postacią. Gdy późną nocą przebiegał ulicami Albury, wzdłuż trasy gromadziły się setki ludzi, a w ślad za nim ruszały kolejne ekipy telewizyjne, radiowe i prasowe. Końcowe kilometry pokonywał w ogromnym bólu, a do tego dręczyła go biegunka, która raz po raz wymuszała przerwy, dodatkowo utrudniane przez tłum dziennikarzy.
Finisz, rekord i gest, którego nikt się nie spodziewał
Zakończenie biegu było jednocześnie widowiskowe i wykańczające. Young finiszował w otoczeniu kibiców, tuż za policyjnym radiowozem, który dymił mu spalinami prosto w twarz. Metę przed sklepem sportowym przekroczył po 5 dniach, 15 godzinach i 4 minutach, ustanawiając rekord trasy. Drugi na liście George Perdon dotarł na metę dopiero dziewięć godzin później.
Dopiero po wszystkim wyszło na jaw, że cały dystans farmer przebiegł z naciągniętym więzadłem w ramieniu. Za zwycięstwo przyznano mu 10 tysięcy dolarów. Young podzielił tę kwotę między piątkę pozostałych zawodników, którzy ukończyli bieg, bo do tej chwili w ogóle nie wiedział, że na wygranego czeka jakakolwiek nagroda. Ten odruch, dla niego równie oczywisty jak codzienne bieganie po pastwiskach, ostatecznie podbił serca Australijczyków.
Sława, o którą nie zabiegał
Niemal z dnia na dzień Young został wciągnięty w medialny wir. Wiejski chłopak, który zrezygnował ze szkoły w wieku trzynastu lat, stał się ulubieńcem opinii publicznej, gościem programów telewizyjnych i radiowych oraz bohaterem pierwszych stron gazet. Pokochano go za poczciwość, prostotę i szczerość. Nie umiał odnaleźć się w kontaktach z mediami ani odgrywać kogoś, kim nie był, i właśnie ta autentyczność zjednywała mu sympatię.
Rozgłos odmienił też jego życie prywatne. Rok po wyścigu Young poślubił dużo młodszą od siebie Mary Howell. Latał samolotem po całej Australii, udzielał wywiadów, otwierał centra handlowe i podpisywał umowy sponsorskie. Jedno pozostało jednak niezmienne, bo wciąż biegał.
Następne starty i upór, który nie dawał spokoju
Choć wcześniej zapowiadał, że nie zamierza powtarzać tego wyczynu, Young jeszcze pięciokrotnie stawał na starcie ultramaratonu z Sydney do Melbourne. Żadnego z tych biegów już nie wygrał, a trzykrotnie musiał się wycofać. Za każdym razem ogłaszał, że to definitywny koniec ścigania, i za każdym razem wracał na trasę.
W 1985 roku, mając 63 lata, wystartował w biegu dwudziestoczterogodzinnym i pokonał blisko 236 kilometrów. W 1997 roku porwał się na pobicie rekordu biegu dookoła Australii, lecz tym razem nie zdołał dotrzeć do mety. Biegał, dopóki tylko pozwalało mu na to ciało. W 2000 roku, tydzień po przebiegnięciu 921 kilometrów, doznał lekkiego udaru. Przeżył, ale do biegania już nie wrócił. Zmarł trzy lata później, w wieku 81 lat.
Rywale, dzięki którym to zwycięstwo tyle znaczy
Triumf 61-letniego farmera nie robiłby aż takiego wrażenia, gdyby nie poziom pokonanych przez niego zawodników. Tak prezentowała się pierwsza piątka ultramaratonu Sydney–Melbourne 1983:
2. miejsce: George Perdon (6 dni i 1 godzina)
Razem z Tonym Raffertym zaliczał się do pionierów biegania ultra. W 1973 roku obaj rywalizowali na transaustralijskiej trasie z Fremantle do Sydney, liczącej 4660 kilometrów. Perdon, mając wówczas 48 lat, ukończył ją w 47 dni, pokonując po sto kilometrów dziennie.
3. miejsce: Siggy Bauer (6 dni i 5 godzin)
Nowozelandczyk, rekordzista świata w biegu na 1000 mil. W 1983 roku uchodził za jednego z głównych faworytów biegu Sydney–Melbourne.
4. miejsce: John Hughes (6 dni, 5 godzin i 49 minut)
Kolejny Nowozelandczyk i ówczesny rekordzista trasy. Zanim odebrał mu ten rekord Young, pokonał ultramaraton z Sydney do Melbourne w 7 dni i 9 godzin.
5. miejsce: Tony Rafferty (7 dni, 4 godziny i 27 minut)
Biegacz z Irlandii Północnej. Zasłynął tym, że po przekroczeniu mety wyścigu z Fremantle do Sydney wcale się nie zatrzymał. Mimo przegranej z Perdonem ruszył dalej i w ciągu kolejnych 24 dni pokonał jeszcze 1250 kilometrów.
Cliff Young przez całe życie pozostał skromnym farmerem, ale kilka jego dni na trwałe zapisało się w dziejach biegania. Spopularyzowana przez niego technika „shuffle” do dziś bywa rozkładana na czynniki pierwsze przez ultramaratończyków szukających sposobów na oszczędzanie sił podczas wielogodzinnego wysiłku.







