Owacje na stadionie milkną szybciej, niż trwała droga na szczyt. Dla wielu zawodników dzień, w którym kończą karierę, jest nie tyle metą, co startem w zupełnie innym, znacznie trudniejszym biegu — o normalne życie, pracę i miejsce poza światłami reflektorów. Marcin Urbaś, jeden z najszybszych sprinterów w historii polskiej lekkoatletyki, przekonał się o tym dosłownie: gdy schodził z bieżni, nie czekała na niego żadna posada w sporcie. Na chleb zarabiał w solarium i przy dorywczych zleceniach.
Człowiek, który gonił dwie setki
Wizytówką Urbasia był bieg na 200 metrów. Jego najgłośniejszy występ to półfinał mistrzostw świata w Sewilli w 1999 roku — 19,98 sekundy. Wartość tego wyniku najlepiej oddaje pewien kontekst: spośród białych sprinterów próg dwudziestu sekund na tym dystansie przełamał wcześniej tylko Włoch Pietro Mennea. Halową odsłoną tej formy było 20,55 sekundy. Obie te wartości na długie lata zostały w tabelach jako rekordy Polski.
Do tego dorzucił krążki halowych mistrzostw Europy: mistrzostwo w Wiedniu w 2002 roku i brązowy medal w Madrycie trzy lata później. Jak na polskiego sprintera — dorobek absolutnie z górnej półki.
Nie samą bieżnią
Urbaś nigdy nie był wzorcowym, „etatowym” lekkoatletą zamkniętym wyłącznie w treningu. Grał w deathmetalowym zespole Septic, pojawił się też na nagraniach Patrycji Markowskiej. Część środowiska obstawiała, że to muzyka przeciągnie go na swoją stronę. On sam ucinał te spekulacje krótko: priorytetem zawsze pozostawał sport i nie zamierzał ustawiać jednej pasji przeciw drugiej. Rodowity krakowianin, mieszka w Poznaniu — to świadoma decyzja, bo stąd pochodzi jego żona. Kiedy przyszło szukać nowego zajęcia, nie kombinował z przeprowadzką do stolicy; rozglądał się na miejscu.
Igrzyska, których nie było
Linia podziału w jego karierze przebiegła tuż przed igrzyskami w Pekinie. Urbaś nie znalazł się w kadrze budowanej przez trenera Tadeusza Osika, choć właśnie olimpijski start wyobrażał sobie jako zwieńczenie wszystkiego, co zrobił w sporcie. Decyzja zapadła w sierpniu — i sprinter został bez przepustki na igrzyska.
Trener opierał się na chłodnej arytmetyce sztafety: jego zdaniem Urbaś nadawał się przede wszystkim na ostatnią zmianę, podczas gdy pozostałych biegaczy dało się przestawiać między odcinkami swobodniej. Nie ukrywał przy tym, że w najlepszym okresie zawodnik biegał świetnie i potrafił trzymać poziom okolic 20,20–20,30. Sam Urbaś patrzył na to inaczej — przypominał, że biegał także na drugiej i trzeciej zmianie, a rekordowy dla tej sztafety czas z czasów Osika, 38,47, padł właśnie wtedy, gdy był w składzie.
Dwa światy, które trudno pogodzić
Po odstawieniu od reprezentacji niedawny czołowy sprinter zaczął łączyć koniec z końcem dzięki solarium i pracom dorywczym. Próbował też doradzać maratończykom, choć szybko zderzył się z tym, że sprint i długie dystanse to dwie odrębne dyscypliny. Najlepiej pokazuje to rozgrzewka: szykując się do biegu trwającego raptem kilkanaście–dwadzieścia sekund, sprinter potrafi rozgrzewać się nawet dwie godziny; maratończyk spędza na trasie wielokrotnie więcej czasu, niż zajmuje mu przygotowanie. Dlatego Urbaś podkreślał, że jego rady mają charakter raczej ogólny niż „pod konkretny maraton”.
Dlaczego sprinterzy rzadko zostają na dłużej
Tych dzielących światów jest więcej i być może to one sprawiają, że tak nieliczni sprinterzy decydują się przejść na dłuższe dystanse. Prościej mają biegacze z czterystu metrów — choćby Paweł Januszewski, który po karierze odnalazł się i zawodowo, jako ambasador Pumy w Polsce, i biegowo, startując w biegach ulicznych, a nawet w morderczym Biegu Katorżnika.
Lekcja o planie B
Przypadek Urbasia to przede wszystkim przestroga: o przyszłości poza sportem trzeba myśleć dużo wcześniej niż w dniu pożegnania z bieżnią. Modelowym przykładem bywa Robert Korzeniowski, który decyzję o zakończeniu kariery i pomysł na życie po niej miał poukładane jeszcze przed czwartym olimpijskim złotem. Naukę języków, studia i zdobywanie uprawnień trenerskich traktował równie serio co treningi — i po latach trafił do mediów jako szef TVP Sport.
Karierę potrafi przerwać z dnia na dzień kontuzja. Na olimpijską „emeryturę” załapią się nieliczni, a i z niej samej trudno wyżyć; życie wyłącznie z dawnych sukcesów to rozwiązanie na krótką metę. Eksperci od marketingu sportowego bez trudu wskażą zawodników, których kariera urwała się nagle i bez żadnego planu awaryjnego. Popularny pomysł — etat nauczyciela WF — też wymaga przygotowania i powołania, a nie tylko znanego nazwiska. W podobnym położeniu znalazł się Robert Maćkowiak, który po 21 latach startów mówił wprost, że musi nauczyć się życia „spod klosza” sportu.
Ściana finansowa
Po rozczarowaniu nieobecnością w Pekinie Urbaś nie odpuścił od razu — planował przygotowania do mistrzostw świata w Berlinie i podpisał roczny kontrakt z AZS AWF Gorzów Wielkopolski. Jesienią, już po maratonie w Poznaniu, wciąż nie ogłaszał definitywnego rozstania ze sprintem, ale równolegle szukał pracy. Jakiejkolwiek.
Wtedy zderzył się z twardymi liczbami rynku. Odkrył, jaka jest średnia krajowa, i że wielu jego znajomych z pozoru atrakcyjnych posad zarabia 2–3 tysiące złotych miesięcznie, często godząc to z amatorskim sportem. O ostatecznym końcu kariery zdecydowały dwie rzeczy naraz: nieustępujący ból ścięgna Achillesa oraz rachunek wystawiony przez potencjalnego sponsora. Utrzymanie formy pozwalającej biegać 200 metrów w granicach 20,20–20,40 wymagało około 80 tysięcy złotych rocznie na same przygotowania, a finansujący oczekiwał w zamian wyniku — którego żaden sportowiec nie da gwarancji. Gospodarczy kryzys jeszcze zaostrzył te kalkulacje.
Maraton jako wyzwanie z innej bajki
Mimo wszystko Urbaś nie chciał zrywać z bieganiem całkowicie. Widział dla siebie miejsce w marketingu i PR, myślał o pracy trenera, czuł też, że dłuższe dystanse pomogą mu się ruszać i nie przytyć — bo zakończenie kariery często radykalnie zmienia sylwetkę. Łatwo jednak nie jest: w jego biegu wciąż siedzą sprinterskie nawyki, a przestawienie się na długie kilometry to proces — Korzeniowskiemu zajął dwa lata. Najwięcej, ile Urbaś przebiegł bez przerwy, to 10 kilometrów; maraton pozostawał dla niego odległą abstrakcją, skoro nawet 200 metrów powtórzone dwieście razy daje dopiero 40 kilometrów. Jedno przy dłuższym bieganiu doceniał od razu: rozgrzewka jest krótsza niż w sprincie, a do tego można biec w słuchawkach, z ulubioną muzyką w uszach.
Tak wyglądał jego tydzień treningowy
Dla kontekstu — oto wprowadzający mikrocykl, na jakim sprinter pracował w okresie bicia rekordów Polski:
- Poniedziałek: wytrzymałość ogólna, siła biegowa i rytmy — trucht, skipy A i C po 3 serie po 80 m, 10 × 20 s z przerwą 1,5 min.
- Wtorek: blok siłowy (brzuch, grzbiet, dwugłowe uda, ramiona, przysiady, wstępowanie, wyciskanie), potem wytrzymałość ogólna i skoczność — trucht ok. 3 km, wieloskoki w okolicach 140 odbić, 6 × 20 s z przerwą 1,5 min.
- Środa: wytrzymałość ogólna i rytmy — 2 × 5 × 100 m z przerwami 2/4 min, do tego gry i stretching.
- Czwartek: wytrzymałość tempowa — 2 × 4 × 400 m z przerwami 4–5/10 min, sprawność płotkarska i odnowa.
- Piątek: siła (m.in. brzuch, grzbiet, ramiona, półprzysiady, zarzut, wypady), później gry, akcenty szybkościowe i piłki lekarskie.
- Sobota: wytrzymałość tempowa w krótkich, mocnych odcinkach z pełnymi przerwami, stretching i odnowa biologiczna.
- Niedziela: wytrzymałość ogólna, siła biegowa i rytmy — trucht, skipy A i C, podskoki 3 × 60 m i 2 × 80 m, 8 × 20 s z przerwą 1,5 min.
Historia Marcina Urbasia nie jest opowieścią o porażce, tylko o tym, że talent i rekordy nie kupują spokoju po zejściu z bieżni. Reflektory gasną prędko, a najlepszym zabezpieczeniem okazuje się nie kolejny medal, lecz pomysł na siebie przygotowany na długo przed ostatnim startem.







