Letnie igrzyska w Helsinkach w 1952 roku trwały dla Emila Zátopka raptem osiem dni, ale w tym czasie zmieścił trzy starty na trzech różnych dystansach, trzy złote medale i trzy rekordy olimpijskie. Trudno wskazać w dziejach biegów długich kogokolwiek, kto silniej zasłużyłby sobie na opinię najwybitniejszego długodystansowca w historii niż ten nieugięty Czech.
Z elegancją sylwetki biegowej nie miał jednak nic wspólnego. Podczas biegu kiwał głową na boki, ramiona poruszały mu się dziwnie i nieskładnie, a twarz wykrzywiał grymas autentycznego cierpienia. Cały ten wysiłek był tak czytelny, że amerykański komentator sportowy Red Smith porównał Zátopka do człowieka biegnącego z pętlą zaciśniętą na szyi. Sam zawodnik tłumaczył z przymrużeniem oka, że brakuje mu talentu, by jednocześnie biec i się uśmiechać. Brzmiało to jak skromny żart, choć ta umęczona mina prowadziła go w miejsca, do których nikt inny nie potrafił dotrzeć.
Triumf na helsińskim stadionie
Co ciekawe, w chwili największego sukcesu Zátopek wyglądał na bardziej rozluźnionego niż kiedykolwiek wcześniej. Na ostatnich kilometrach olimpijskiego maratonu machał do kibiców i zagadywał policjantów zabezpieczających trasę. Po prostu biegł — opowiadał później — a kiedy wbiegł na stadion, gdzie tysiące gardeł skandowały jego nazwisko, dokładał do kolekcji trzecie złoto tych igrzysk.
Owacja niosła go aż do linii mety, którą przekroczył jako zwycięzca najpiękniejszego biegu długiego całych igrzysk. Przewaga była tak miażdżąca, że gdy drugi w stawce Argentyńczyk Reinaldo Gorno dopiero zbliżał się do celu, fetowanie czeskiego zwycięstwa zdążyło się już rozkręcić. Zátopek, który jako pierwszy człowiek w historii zgarnął złoto zarówno na 5000 m, jak i na 10 000 m, domknął komplet medalem w maratonie — dystansie, którego dotąd nigdy w życiu nie przebiegł.
Za tym wszystkim nie stał wrodzony dar, lecz upór i tysiące godzin wyniszczających treningów. Przyszedł na świat pięć lat po zakończeniu pierwszej wojny światowej w Kopřivnicach, fabrycznym miasteczku na północnym wschodzie dawnej Czechosłowacji. Tuż po skończeniu szkoły, mając 16 lat, stanął przy taśmie produkcyjnej w zakładzie. Tam właśnie zadziałał przypadek — fabryka, chcąc zmobilizować załogę, przydzieliła pracownikom trenera sportowego. Zátopek wzbraniał się, przekonując, że jest zbyt mało wysportowany, by w ogóle biegać. Mimo protestów wystawiono go na 1500 m, a on ukończył dystans drugi. To właśnie irytacja przegraną o włos rozbudziła w nim potrzebę wygrywania.
Jak rozpędzała się lokomotywa
Ta sama potrzeba popychała go przy przygotowaniach do obrony tytułu mistrza olimpijskiego na 10 000 m, który wywalczył cztery lata wcześniej w Londynie. Spodziewano się po nim wiele. W 1948 roku zdublował na trasie wszystkich rywali poza dwoma, a drugi na mecie Alain Mimoun przybiegł 45 sekund za nim.
Bieg Zátopka, co sam otwarcie przyznawał, był pozbawiony jakiejkolwiek lekkości. Po prostu napierał naprzód, usiłując zdusić ból i znużenie, przekonany, że trening i wola pozwolą mu przetrwać dłużej od konkurentów. Przydomek „czeskiej lokomotywy” nie wziął się znikąd — pędził z podobną mocą i hałasem, a nikomu nie udawało się go dogonić. W Londynie od pierwszych metrów narzucił zabójcze tempo, bez efektownych przyspieszeń czy taktycznych zrywów, nastawione wyłącznie na zmęczenie rywali.
W Helsinkach scenariusz wyglądał odmiennie. Mimoun, Algierczyk startujący dla Francji, trzymał się go niemal do samego końca, a i tak przegrał o 17 sekund. Zátopek minął linię mety w czasie 29:17, jednocześnie ustanawiając nowy rekord własny oraz olimpijski. Tytuł obronił, lecz apetyt na kolejne wygrane wcale go nie opuścił.
Trening na granicy bólu
Niedoskonałości stylu i wymalowany na twarzy wysiłek najlepiej dowodzą, że jego rezultaty były owocem mozolnej pracy, a nie naturalnych predyspozycji. Zaczął ją wiele lat wcześniej, biegając po najróżniejszych nawierzchniach. Trenując w ciężkich wojskowych butach, zauważył, że w trampkach albo kolcach biega się lżej i szybciej. Z tej obserwacji wyrosła jego koncepcja treningu wytrzymałościowego.
Długie wybiegania w ciężkim obuwiu wymienił na pracę nad szybkością i wytrzymałością: dużą liczbę krótkich odcinków poprzecinanych krótkimi przerwami. Płuca paliły, nogi się buntowały, ale efekty przychodziły szybko, a sama metoda odcisnęła ogromne piętno na przyszłości biegania. Mieszając rozumowanie z wyczuciem, Zátopek dopracował trening interwałowy, który dziś stosuje się w niemal każdej dyscyplinie. Cenieni szkoleniowcy wyśmiewali jego pomysły, on jednak puszczał te kpiny mimo uszu — był pewny, że taki reżim wzmacnia nie tylko ciało, ale i charakter. Argumentował, że trenować warto w ciężkich warunkach, bo wtedy podczas zawodów odczuwa się prawdziwą ulgę.
Pięćdziesiąt okrążeń i sztuczka z palcami
Jego jednostki treningowe były bezwzględne. Pięćdziesiąt okrążeń stadionu przedzielanych połówką okrążenia truchtu „na odpoczynek” dawało w sumie połowę maratonu rozbitą na intensywne fragmenty i było jego ulubionym ćwiczeniem. Dbał przy tym, by stykać opuszki palców wskazujących z kciukami — w ten sposób eliminował odruch zaciskania dłoni w pięści i zbędne spinanie całego ciała. Wszystkie te zabiegi były logiczne i całkowicie odbiegały od ówczesnych standardów. To dzięki nim skromny robotnik fabryczny przed startem w Helsinkach zdążył pięciokrotnie poprawić rekord świata na 10 000 m.
Charakter mocniejszy od systemu
Siłę Zátopka biegacza najłatwiej pojąć przez pryzmat siły Zátopka człowieka — a ta omal nie kosztowała go startu w Helsinkach. Tuż przed igrzyskami komunistyczne władze obwieściły, że Stanislav Jungwirth nie pojedzie na zawody, ponieważ jego ojciec został osadzony jako więzień polityczny. Zátopek odpowiedział, że jeśli zabraknie Jungwirtha, to do Finlandii nie wybierze się także on. Po napiętych rozmowach władze odwołały swoją decyzję. Wygrał ten spór, lecz za odwagę miał kiedyś zapłacić wysoką cenę.
Drugie złoto, tym razem na 5000 m
Ledwie dwa dni po sukcesie na 10 000 m Zátopek pojawił się w eliminacjach biegu na 5000 m, otwierając sobie drogę do drugiego złota — czego wcześniej nie udało się nikomu. Tym razem nie wchodził w rolę faworyta. Na ostatnim okrążeniu o medale walczyła piątka zawodników: on, Mimoun, Brytyjczycy Chris Chataway oraz Gordon Pirie, a także typowany na zwycięzcę Niemiec Herbert Schade. Mimoun ostro zaatakował, wszyscy poza Zátopkiem podjęli rękawicę i na 150 metrów przed metą Czech znalazł się z tyłu. Wtedy przesunął się na zewnętrzny tor i ruszył do ataku. Chataway zachwiał się i upadł, do wyprzedzenia pozostał już tylko Mimoun. Na finiszowej prostej Zátopek prowadził, kończąc bieg w czasie 14:06,6 i bijąc kolejny rekord olimpijski.
Potrójna korona w zasięgu
W chwili gdy Zátopek mijał Mimouna, na murawie stadionu rozgrywano finał rzutu oszczepem kobiet, w którym złoto zdobyła jego żona Dana Zátopková. Po dwóch zwycięstwach i dwóch rekordach olimpijskich Czech uwierzył, że stać go na trzecie złoto — i to na dystansie, którego jeszcze nigdy nie biegł. Kompletu trzech złotych medali nie posiadał wówczas nikt.
Na regenerację po trzech startach na bieżni oraz na poznanie nowego dystansu, taktyki i rywali miał zaledwie dwa dni. Do grona największych nadziei Wielkiej Brytanii należał Jim Peters, który sześć tygodni wcześniej pobił rekord świata wynikiem 2:20:42. Brak doświadczenia Czecha dał o sobie znać już w trakcie biegu. Na 15. kilometrze, bez cienia skrępowania, zapytał rekordzistę świata, czy aby tempo nie jest zbyt wysokie. Peters, nie mając pewności, czy rozmówca żartuje, odrzekł, że jest wręcz przeciwnie — biegną za wolno. Zátopek wziął to dosłownie, przyspieszył, a Peters próbował nadążyć, aż w końcu zasłabł i nie dobiegł do mety.
Lokomotywa zapisała się w historii. Przewaga nad kolejnym zawodnikiem na mecie wyniosła oficjalnie 2,5 minuty, a rekord olimpijski został poprawiony o całe sześć minut. Trzy dystanse, trzy złote medale, trzy rekordy olimpijskie — wyczynu z Helsinek nikt później nie zdołał powtórzyć.
Cena, którą przyszło zapłacić
Potrójne złoto bynajmniej nie zamknęło jego kariery — dwa lata później wygrał na mistrzostwach Europy w Brnie. To jednak igrzyska w Helsinkach pozostały szczytem jego możliwości. W tamtych „złotych” latach nikt jeszcze nie podejrzewał, jak dotkliwie przyjdzie mu udowadniać swój charakter poza stadionem.
Słynna jest historia z 1968 roku, gdy do Pragi przyjechał australijski biegacz Ron Clarke, który podczas finału na 10 000 m w Meksyku padł ofiarą choroby wysokościowej. Odprowadzając go na lotnisko, Zátopek wręczył mu niewielką paczuszkę. W środku Clarke odkrył złoty medal Czecha za bieg na 10 000 m wraz z liścikiem, że Australijczyk na niego zasługuje. Po latach Clarke wspominał, że był to najcenniejszy złoty krążek, jaki kiedykolwiek dostał — nie z uwagi na sam medal, lecz na człowieka, którego ducha uosabiał.
Choć Zátopek od dawna był członkiem Czechosłowackiej Partii Komunistycznej, reprezentował jej najbardziej liberalny odłam. W 1968 roku, w okresie praskiej wiosny, jasno opowiedział się za otwarciem kraju. Połączenie statusu narodowej gwiazdy z takimi przekonaniami uczyniło go w oczach władz postacią groźną. Kiedy moment wolności dobiegł końca, postawiono mu ultimatum: albo odwoła swoje poglądy i poprze reżim, albo poniesie tego konsekwencje. Pierwszej z możliwości nawet nie brał pod uwagę.
Odebrano mu stopień wojskowy i skierowano do pracy przymusowej, między innymi w kopalni uranu. Do normalnego życia mógł wrócić dopiero po nadejściu władzy demokratycznej po 1989 roku. Świat cieszył się z wolności odzyskanej przez sportowego bohatera, lecz lata represji wyraźnie odcisnęły na nim swoje piętno. Medal imienia Pierre’a de Coubertina przyznano mu w 2000 roku — już pośmiertnie. Emil Zátopek zmarł miesiąc wcześniej.
Mało który sportowiec dawał z siebie na treningu i na zawodach tyle co on, mało który cieszył się równie wielkim uwielbieniem i mało który stał się dla innych takim wzorem. A na takie wyżyny, jak przez tych osiem niezapomnianych dni 1952 roku, nie wzniósł się dotąd nikt.
Kalendarium kariery Emila Zátopka
- 1940 — 18-letni Zátopek finiszuje drugi w biegu na milę w Zlinie.
- 1944 — poprawia rekordy Czech na 2, 3 i 5 km.
- 1946 — zajmuje 5. miejsce na 5000 m na mistrzostwach Europy.
- 1948 — na igrzyskach w Londynie zdobywa złoto na 10 000 m i srebro na 5000 m.
- 1949 — dwukrotnie poprawia rekord świata na 10 000 m (do 29:21).
- 1950 — wygrywa biegi na 5000 m i 10 000 m na mistrzostwach Europy.
- 1951 — bije rekord świata na 20 km, jako pierwszy schodząc poniżej godziny.
- 1952 — w Helsinkach zdobywa złoto na 5000 m, 10 000 m i w maratonie.
- 1954 — na mistrzostwach Europy wywalczy złoto na 10 000 m i brąz na 5000 m.
- 1956 — przez kontuzję zajmuje 6. miejsce w olimpijskim maratonie.
Reguła „musi boleć”
Trening interwałowy testowano jeszcze przed Zátopkiem, ale to właśnie on przekonał świat, że jest on koniecznością, a nie zwykłym dodatkiem do planu. Jego legendarna jednostka — sto przebieżek po 400 m w tempie około 72 sekund na okrążenie, oddzielonych 200 metrami truchtu — potrafiła ciągnąć się kilka godzin. Dzisiejsze odmiany nie są nawet w ułamku tak wyniszczające i nie ma sensu próbować ich powielać.
Seria, która nie chciała się skończyć
W latach 1948–1951 Zátopek nie przegrał ani jednego z 75 kolejnych wyścigów. To jedna z najdłuższych passy w dziejach biegania, którą zestawia się z dokonaniami takich postaci jak Edwin Moses, zwycięzca 122 biegów na 400 m przez płotki z rzędu w latach 1977–1987, czy Kenenisa Bekele i Paul Tergat, pięciokrotni mistrzowie świata w biegach przełajowych.







