Kiedy ponad cztery dekady temu Michał Stadniczuk leżał w szpitalu, usłyszał, że stamtąd już nie wyjdzie o własnych siłach. Lekarze nie potrafili mu pomóc, a rokowania mieli ponure. On podjął wtedy decyzję, która dziś brzmi jak początek całej tej historii: wypisał się na własne żądanie i zaczął biegać. Mówi o tym jako o drugim życiu. Dziś, w wieku 85 lat, mieszkaniec dolnośląskiej wsi Mikowice wciąż pokonuje pełny dystans maratoński, mieszcząc się w okolicach pięciu godzin.
Boks, który nauczył go odchodzić w porę
Zanim w jego życiu pojawiło się bieganie, Stadniczuk trenował boks i robił to z powodzeniem. Razem z kolegą uchodzili za czołówkę swojego klubu i potrafili dać w kość pozostałym zawodnikom. Ta pewność siebie skończyła się jednego dnia, gdy kolega zmierzył się z mocniejszym przeciwnikiem. Wynieśli go z ringu na noszach, a po dwóch tygodniach nie rozpoznawał już swoich bliskich.
Dla Stadniczuka był to sygnał nie do zignorowania. Uświadomił sobie, że w jego wadze również prędzej czy później trafi się ktoś silniejszy i że może go spotkać to samo. Wbrew zakazowi trenera odwiedził kolegę w szpitalu, a tuż po tej wizycie pojechał po swój sprzęt. Spakował wszystko do worka, rzucił go pod nogi trenera i odszedł bez tłumaczenia. Z boksem skończył ostatecznie, przekonany, że to właśnie bieganie, a nie ring, ostatecznie ocaliło mu życie.
Forma odzyskana w wojsku
Do regularnego, ciężkiego wysiłku wrócił dopiero w wojsku, gdzie trafił do zwiadu. Ćwiczenia symulujące zrzut na tyły wroga oznaczały marsze biegowe rzędu 40 kilometrów dziennie, gdy oddział przeczesywał las w poszukiwaniu figuranta ukrytego na drzewie. Do programu szkolenia należały też głodówki, czasem nawet dwudniowe. Stadniczuk tak się do nich przyzwyczaił, że do dziś je tylko tyle, by zaspokoić głód, i nie obrasta jedzeniem.
Sto papierosów dziennie
Po służbie podjął pracę w zakładach produkujących autobusy, gdzie zajmował się kontrolą pojazdów. Robota była stresująca: w samochodach wiecznie czegoś brakowało, a mimo to musiały wyruszać na trasę, bywało że na kilkusetkilometrowe jazdy próbne z dziećmi na pokładzie. W tym napięciu Stadniczuk palił bez przerwy, sto papierosów na dobę.
Punktem zwrotnym okazała się wizyta wiejskiej lekarki, która przyjechała do mieszkańców z prelekcją o używkach. Zaczęła od alkoholu, potem przeszła do papierosów. Dla efektu poprosiła, by przyniesiono z hodowli gołębia, rozpuściła papierosa w niewielkiej ilości wody i kroplę tej cieczy wpuściła ptakowi do oka. Po kilku minutach gołąb był martwy. Stadniczukowi to wystarczyło, by postanowić rzucić.
Dwa lata z nałogiem
Odstawienie z dnia na dzień było wyniszczające. Serce dudniło bez opamiętania, w oczach się rozmazywało, w uszach szumiało. Lekarz doradzał powrót do palenia i odejmowanie po jednym papierosie dziennie, ale Stadniczuk nie zamierzał słuchać: skoro rzucił, to nie wracał. Cała walka zajęła mu dwa lata, a przez pierwsze pół roku odkrztuszał smołę. Ostatecznie wygrał. Z alkoholem nigdy nie miał problemu, a do reszty zniechęcił się, gdy po kacu wsiadł za kierownicę i wyłącznie szczęściu zawdzięczał, że na policyjnej blokadzie skończyło się jedynie na mandacie.
Serce, którego nikt nie umiał rozszyfrować
Po czterdziestce dopadła go znacznie groźniejsza dolegliwość. Poczuł, że coś łomocze mu w klatce piersiowej, że nie potrafi zasnąć, a całym ciałem targają uderzenia serca. Dojechał rowerem do lekarza, który po badaniu od razu wezwał karetkę. W szpitalu usłyszał, że raczej już o własnych siłach nie wyjdzie.
Tygodnie mijały, a jego wożono karetką z placówki do placówki i nikt nie umiał wskazać źródła problemu. Personel nie chciał go wypuścić w obawie o odpowiedzialność, gdyby pacjent zasłabł na ulicy. W końcu, myśląc o małych dzieciach czekających w domu, wypisał się na własne żądanie. Na otarcie łez dostał skierowanie do sanatorium i to ono okazało się momentem przełomowym.
Współlokator z Katowic i pierwsze kilometry
W sanatorium Stadniczuka zakwaterowano z biegaczem z Katowic, który zaczął go namawiać do wspólnych wybiegań. Tak zaczęła się pasja. Już pierwszego dnia przetruchtali razem 13 kilometrów, z dwoma postojami na piwo po drodze, a Stadniczuk poczuł wyraźną poprawę. Następnego dnia, po mszy, znów ruszyli w teren, on jeszcze w materiałowych spodniach i codziennych kapciach, dres sprawił sobie dopiero później.
Z czasem wyszło na jaw, co naprawdę mu dolegało: przesunięte kręgi uciskały nerw odpowiedzialny za pracę serca. Przypadek był tak nietypowy, że doczekał się opisu w książce na poznańskiej Akademii Medycznej. Wyleczyły go jednak nie placówki medyczne, lecz ruch: po treningach serce zaczęło bić równo i spokojnie.
Wioskowy wariat, którego wytykano palcami
Cztery dekady temu na dolnośląskiej wsi słowo jogging nikomu nic nie mówiło. Sąsiedzi uznali, że ze szpitali i sanatoriów Stadniczukowi pomieszało się w głowie. Jego dzieci wstydziły się chodzić do szkoły, żona unikała wyjść z domu, a jego samego pokazywano sobie palcami i wyśmiewano. Mimo to nie odpuścił, a wręcz dorzucił do biegania amatorskie hartowanie zimnem: przy pierwszym śniegu wyruszał w samej bieliźnie na dwukilometrowe przebieżki. Z wioski wysłano nawet księdza, żeby ukrócił to zgorszenie, ale Stadniczuk wytłumaczył, że jest sportowcem, a sportowiec nie biega w kożuchu.
Wszystko odmienił start w sylwestrowym biegu w Trzebnicy, który Stadniczuk wygrał w swojej kategorii. Relacjonowała to lokalna telewizja, a skoro pokazali go w telewizji, to znaczyło, że jednak jest normalny. Wkrótce we wsi zaczęto traktować go niemal jak bohatera. Dwaj biegacze przez 20 kilometrów dreptali za nim krok w krok, a pod domem zaproponowali, by największy biegowy wariat w okolicy zapisał się do powstającego właśnie klubu. Zgodził się od razu.
Najpierw Europa, później świat
W klubie oddał się bieganiu całkowicie. Pokonywał po 12 maratonów w ciągu roku, a do tego dwa razy w tygodniu trenował po 20 kilometrów. Sukcesy nie spadły jednak od razu: gdy próbował wygrywać siłą, rwał z kopyta i szybko gasł. Dopiero kiedy odpuścił i nauczył się trzymać równe tempo, zaczął zwyciężać. Z czasem nie było w kraju maratonu, którego nie wygrałby w swojej kategorii, a wyniki przyszły też za granicą: w Berlinie startował trzy razy i ani razu nie zszedł z podium.
Mistrzostwa Europy nad Maltą
Gdy dowiedział się, że mistrzostwa Europy w maratonie odbędą się w Polsce, zgłosił się natychmiast. Poproszono go o rezultaty z pięciu ostatnich startów, więc przesłał faksem dyplomy, na których widniały wyłącznie pierwsze miejsca, i organizatorzy nie mieli wyjścia, musieli go przyjąć. Bieg toczył się wokół poznańskiej Malty. Towarzyszył mu kibicujący kolega, który na każdym okrążeniu nawoływał, żeby zwolnił, bo padnie. Stadniczuk nie zwolnił i znów był pierwszy. Z ministerstwa sportu napłynęły gratulacje oraz zaproszenie do Związku Weteranów Lekkiej Atletyki, który następnie wysłał go na mistrzostwa świata do Włoch.
Tytuł zdobyty w czterdziestostopniowym upale
Włoski maraton rozgrywano w morderczych warunkach, czterdzieści stopni w cieniu, a zawodnicy padali jeden po drugim. Stadniczuk najbardziej obawiał się Niemców. Jednego z nich przez całą pierwszą połowę dystansu miał jakieś 700 metrów przed sobą, aż rywal padł z wyczerpania. Polak utrzymał tempo do samej mety, a osunął się dopiero po jej minięciu i koledzy musieli go podnosić. W kategorii seniorów został mistrzem świata.
Jeszcze mocniej przeżył start w Nowym Jorku, gdzie zajął drugie miejsce, a po biegu zaproszono go do polskiego konsulatu. To wokół niego skupiła się na przyjęciu uwaga: gratulacje, uściski, wspólne zdjęcia. Po tych emocjach przez dwie noce nie mógł zmrużyć oka.
Chłop, który dobiega zawsze
Z wiekiem sportowe historie Stadniczuka się nie skończyły. Zapowiada, że będzie biegał, dopóki zdrowie pozwala, a ono nadal mu dopisuje. Nawet trzydziesto- i czterdziestoletni koledzy nie kryją zdziwienia, że w wieku 85 lat potrafi przebiec maraton w pięć godzin. On odpowiada, że nie chodzi wyłącznie o wagę, lecz o serce do walki i bezwzględną dyscyplinę.
Kiedy jego przyjaciel maratończyk z okazji 75. urodzin zamierzył przebiec tyle kilometrów, ile ma lat, zebrała się grupa chętnych, by prowadzić go sztafetą po 5 kilometrów. Stadniczuk ocenił, że taka asysta wykończyłaby jubilata, bo każdy świeży zmiennik narzucałby zbyt mocne tempo, i przebiegł z nim całą trasę sam. Tak samo było ze sztafetą na cmentarz Orląt Lwowskich: zebrał kolegów, zorganizował transport, wyruszyli busem, z którego co pięć kilometrów wysiadał kolejny biegacz. Przyjazd zaplanował na 7.30 i dokładnie o tej godzinie byli na miejscu. Tę imprezę powtórzył łącznie osiem razy.
Przez 45 lat nie zdarzyło mu się nie ukończyć maratonu. Sam podkreśla, że gdy inni kuleją, słabną albo schodzą z trasy, on swoim tempem, noga za nogą, zawsze dociera do mety.
Dieta jak z Okinawy
Zdaniem dietetyk Agnieszki Arendarczyk Stadniczuk bezwiednie realizuje zasady diety długowieczności. Jeden dzień postu w tygodniu daje układowi trawiennemu wytchnienie i pozwala organizmowi się oczyszczać, a to, co maratończyk robi z intuicji, pokrywa się z założeniami twórców tej diety.
Specjalistka docenia również jego pozostałe nawyki. Stadniczuk je wszystko w łupach: ziemniaków nie obiera, a kasze i zboża wybiera pełnoziarniste. Odżywia się wyłącznie tym, co wyhoduje na własnym polu albo kupi we wsi, i niczego nie opryskuje, bo przekonuje, że trując stonkę, truje samego siebie, a robaczywe jabłko jest lepsze od pryskanego. Białko czerpie głównie z drobiu, wieprzowiny raczej nie tyka. W ocenie Arendarczyk taki sposób żywienia przypomina dietę mieszkańców japońskiej Okinawy, jednych z najdłużej żyjących ludzi na świecie.
Hartowanie zimnem z medycznym uzasadnieniem
Fizjoterapeuta Bartosz Bomba potwierdza, że amatorskie recepty Stadniczuka mają sens z punktu widzenia medycyny. Zimnolecznictwo od dawna jest powszechnie stosowane w fizjoterapii, więc zimowe biegi w samej bieliźnie, o ile organizm jest na tyle zahartowany, że nie kończą się zapaleniem płuc, wspomagają układ krążenia i podnoszą odporność. Dla przeciętnego człowieka takie eksperymenty mogłyby się jednak skończyć w szpitalu.
Bomba wyjaśnia też, dlaczego Stadniczuk czuje się lepiej po treningu niż przed nim, a kilka dni bez biegania psuje mu samopoczucie. Ruch poprawia ukrwienie organizmu, pobudza metabolizm i gospodarkę hormonalną, usprawnia wymianę międzytkankową i nawodnienie, a korzyści jest tak dużo, że trudno je nawet zwięźle wymienić.
Czy długowieczność można odziedziczyć
Geriatra dr Zbigniew Machaj studzi nadzieje na łatwe recepty. Uważa, że ludzkość pod względem genetycznym jest coraz słabsza: dzięki lepszym warunkom życia i postępowi medycyny dłużej żyją także osoby o słabszych genach, więc i one są przekazywane dalej na równi z mocnymi. Funkcjonuje około 300 naukowych teorii próbujących wyjaśnić, dlaczego niektórzy ludzie dożywają stu i więcej lat, ale żadna nie uzyskała dotąd statusu jedynej obowiązującej. Przypadek maratończyka z Mikowic pokazuje natomiast, jak wiele potrafią zdziałać konsekwencja, ruch i prosty tryb życia.







