Wspólna pasja brzmi jak przepis na idealną relację: oboje kochacie biegać, oboje cieszycie się każdą wolną godziną na trasie. A potem przychodzi pierwszy wspólny trening i okazuje się, że to wcale nie takie proste. On po dotknięciu przycisku na zegarku rusza tak, jakby gonił życiówkę, i znika za pierwszym zakrętem. Ona zostaje sama, próbując wypatrzyć jego sylwetkę przez zalane potem oczy, gdzieś pośród obcych biegaczy w środku lasu.
Brzmi znajomo? Okazuje się, że za sporą część takich scen odpowiadają nie złe intencje, lecz biologia i to, jak zostaliśmy wychowani. Zanim więc obrazicie się na siebie po kolejnym treningu, warto zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w głowie i w organizmie partnera.
Razem biegniecie, ale każde robi coś innego
Kobiety i mężczyźni potrafią wykonywać dokładnie tę samą czynność, a mimo to realizować zupełnie różne cele. Para sunąca obok siebie po leśnej ścieżce to dobry przykład: dla niej liczy się przede wszystkim wspólnie spędzony czas, dla niego priorytetem jest porządnie odrobiony trening. Stąd biorą się tarcia, gdy relacja z domu przenosi się na trasę.
Na co dzień wszystko gra, bo kochacie siebie i kochacie bieganie. Problem w tym, że jedno nie musi automatycznie oznaczać drugiego. Można świetnie żyć razem i jednocześnie nie odnajdywać się we wspólnym tempie. To nie znaczy, że pasja przestaje was łączyć. Bieganie wciąż potrafi być spoiwem związku, tylko niekoniecznie dlatego, że co rano ruszacie noga w nogę.
Co mówią dane o biegających parach
Z ankiety przeprowadzonej wśród biegaczy będących w związkach wyłania się dość konkretny obraz:
- tylko 28 procent ma partnera, który w ogóle nie biega,
- 66 procent biegających par trenuje razem,
- 71 procent deklaruje, że na treningach utrzymują wspólne tempo,
- jednak na zawodach większość, ponad połowa ankietowanych, biegnie już własnym rytmem.
Wniosek jest taki, że codzienne treningi i start to dwa różne światy. Wspólny rytm na luźnym wybieganiu wcale nie musi oznaczać wspólnego biegu, gdy w grę wchodzi rywalizacja i wynik.
Chemia, która was różni
Sporą część nieporozumień na trasie można zrzucić na hormony, których produkcja przebiega odmiennie u obu płci, zwłaszcza w sytuacji rywalizacji.
Testosteron i tryb pościgu
Nawet w spoczynku poziom testosteronu u mężczyzn jest około dziesięciokrotnie wyższy niż u kobiet. To między innymi dlatego panowie bywają bardziej nastawieni na rywalizację i skupieni na celu. Podczas wysiłku stężenie tego hormonu jeszcze rośnie, więc nie ma się co dziwić, że biegnący mężczyzna wpada w tryb pościgu, zakłada przysłowiowe klapki na oczy i myśli wyłącznie o uciekającej zdobyczy, czyli o życiówce albo wyprzedzeniu rywala. Oglądanie się za siebie po prostu nie mieści mu się wtedy w głowie.
Oksytocyna i potrzeba bliskości
Kobiety pozostają z kolei pod silniejszym wpływem estrogenów i są bardziej podatne na działanie oksytocyny. U mężczyzn testosteron tę podatność neutralizuje. Oksytocynę nazywa się hormonem miłości, bo odpowiada za podtrzymywanie więzi społecznych, od przywiązania matki do dziecka po iskrzenie między zakochanymi. To z niej wyrasta troska, chęć współpracy, empatia i zaufanie. Natężenie tych cech jest u każdego inne i zależy też od przebytej socjalizacji, ale ogólny kierunek pozostaje czytelny.
John Gray, autor głośnego poradnika „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”, ujmuje to prosto: mężczyźni czerpią satysfakcję ze skupienia się na jednym zadaniu i doprowadzenia go do końca, a dla kobiet większe znaczenie ma rozmowa i dzielenie się przeżyciami z innymi. Na trasie ta różnica potrafi przerodzić się w realny konflikt.
Pytania, milczenie i inne pułapki komunikacyjne
Gray zwraca uwagę na powracający schemat: mężczyznom przeszkadza, że kobiety zadają za dużo pytań, a kobietom, że mężczyźni pytają za mało. Robi się to szczególnie uciążliwe, gdy kilometry się ciągną, a wysiłek narasta.
Co ciekawe, troskliwe upewnianie się przez partnerkę, czy wszystko w porządku, może wywołać efekt odwrotny do zamierzonego. Zdaniem Graya takie pytanie partner odbiera jako sugestię, że sobie nie radzi i potrzebuje pomocy, więc paradoksalnie zaczyna czuć się gorzej.
Bywa też odwrotny problem. Część biegaczy ceni sobie ciszę na trasie i nie ma ochoty na rozmowę. Iwona Ludwinek-Zarzeka, biegaczka i połówka biegowej pary, przyznaje, że na początku nie lubiła trenować z mężem. Wcześniej bieganie było wyłącznie jej czasem, samotnym przemierzaniem kilometrów i porządkowaniem myśli. We dwoje trzeba dopasować tempo i wsłuchać się w to, co mówi druga osoba, do czego trudno było jej się przyzwyczaić. Dziś, jak mówi, ceni sobie każdy wspólny trening.
Jak nie wpaść w te pułapki
- Jeśli partner nie ma ochoty rozmawiać, uszanuj ten styl „samotniczego biegania we dwoje” zamiast zarzucać go pytaniami.
- Nie bierz milczenia do siebie. Dla wielu osób bieg to forma odpoczynku od słów, a nie oznaka, że coś jest nie tak.
- Gdy potrzebujesz rozmowy, a partner woli ciszę, włącz muzykę albo umów się na trening z gadatliwymi znajomymi.
- Ustalcie zasady przed startem, zwłaszcza to, czy na zawodach biegniecie razem, czy każde swoim tempem.
Bieganie we dwoje, czyli osobno, a jednak razem
Wspólna pasja nie wymaga, by za każdym razem stawiać kroki w identycznym rytmie. Para biegaczy z Wielkopolski, Ola i Adam, na co dzień rzadko trenuje razem, głównie ze względu na dzieci, z którymi ktoś musi zostać w domu. Ich grafik to misterna układanka: o świcie biega ona, on czeka na nianię, odwozi dzieci, a potem sam rusza w trasę. Czasem miną się po drodze, czasem łapią dla siebie godzinę, gdy dzieci są na zajęciach dodatkowych, na przykład na dwa okrążenia wokół jeziora.
Adam podkreśla, że bieganie w parze świetnie się sprawdza jako wspólna pasja, ale opiera się na wyrozumiałości: na akceptacji czasu poświęcanego na treningi i kolejnych wydatkach na buty. To, że nie biegają obok siebie, nie znaczy, że nie żyją tą pasją razem. Zamiast wieczoru z winem przed telewizorem rozkładają karimaty i wspólnie się rozciągają, analizują wyniki, wspierają się w gorszych momentach, które przytrafiają się każdemu biegaczowi. Taka biegowa empatia sprawia, że po długim, mroźnym treningu czeka na niego ciepły posiłek, gorący napój i wanna pełna ciepłej wody.
Są też historie, w których to bieganie buduje związek od podstaw. Iwona i Marcin poznali się w drodze na półmaraton, oboje startujący w barwach tego samego klubu. Mimo trudnych początków i związku na odległość, gdy widywali się ledwie kilka dni w miesiącu, łącząca ich pasja pomogła przetrwać. Po dwóch latach wzięli ślub w iście biegowym stylu: w dniu maratonu warszawskiego, ona w tiulowej spódniczce, on w białej koszuli i musze, stanęli wraz ze świadkami na starcie, a za metą czekali goście i mistrz ceremonii.
Jak zbudować zgrany biegowy duet
Różnice między wami nie są wadą, którą trzeba zwalczyć, tylko czymś, z czym warto się obchodzić mądrze. Eksperci przekonują, że niewiele rzeczy łączy ludzi tak jak wspólna aktywność wyrwana z codziennej rutyny. Bieganie otwiera nowe kanały porozumienia, a do tego miksuje hormony związku z euforią biegacza, dając pozytywnego kopa.
Zamiast więc na siłę narzucać sobie identyczny plan, warto przyjąć kilka prostych zasad:
- uznajcie, że partner życiowy nie zawsze musi być idealnym partnerem biegowym i to jest w porządku,
- zostawcie sobie przestrzeń na biegi w pojedynkę, jeśli komuś są potrzebne,
- świętujcie pasję także poza trasą, wspólnie analizując treningi i wspierając się w słabszych dniach,
- doceniajcie te momenty, gdy uda się pobiec razem, zamiast traktować wspólny trening jako obowiązek.
Bo w gruncie rzeczy trudno o coś lepszego niż robienie tego, co się kocha, w towarzystwie osoby, którą się kocha. Wystarczy tylko pamiętać, że „razem” na trasie może znaczyć wiele różnych rzeczy i każda z nich ma prawo działać.






