Bywają biografie, których nie sposób streścić bez zarzutu o przesadę. Życiorys Jerzego Górskiego należy do tych, w które łatwiej uwierzyć dopiero wtedy, gdy ułoży się obok siebie kolejne daty. Kilkanaście lat spędził jako narkoman, przewinął się przez areszty, więzienie i oddziały psychiatryczne, a podejmująca jego leczenie lekarka brała pod uwagę, że pacjent terapii może nie przeżyć. Niewiele lat później stał na najwyższym podium jednej z najbardziej wyczerpujących konkurencji świata. Trudno o czytelniejszy dowód na to, że żadne dno nie jest na tyle głębokie, by odebrać szansę na szczyt.
Legnickie początki i pierwszy krok w przepaść
Przyszedł na świat 4 grudnia 1954 roku w Legnicy. W dzieciństwie ćwiczył gimnastykę i zbierał pierwsze puchary, lecz ojciec widział jego przyszłość inaczej – marzył o synu mechaniku i skierował go do technikum samochodowego. Atmosfera domu nie sprzyjała: cała rodzina gnieździła się w jednym wspólnym pokoju, a relacja rodziców od dawna pozbawiona była ciepła.
Od szarzyzny peerelowskiej rzeczywistości nastolatek uciekł w środowisko hipisów, na które trafił w legnickim klubie młodzieżowym. Był to świat odmienny i barwny, ale przesiąknięty alkoholem, papierosami i narkotykami. Pierwszą dawkę morfiny przyjął jeszcze pod koniec lat 60. Po latach Górski oceniał, że uzależnienie ciągnęło się łącznie około 14 lat – z przerwami, które wymuszały kolejne terapie i odsiadki, w praktyce jednak właściwie bez ustanku.
Czternaście lat zjazdu w dół
Każdy następny etap okazywał się trudniejszy: od morfiny, kodeiny i kleju, przez alkohol oraz papierosy, aż po heroinę. Kiedy w 1976 roku zalała Polskę tania, pędzona w domowych warunkach „polska heroina”, czyli tzw. kompot, jakiekolwiek panowanie nad nałogiem przestało wchodzić w grę. W jednym z tamtych lat Górski pochował trzech kolegów – lecz nawet odwiedziny na cmentarzu nie zdołały przerwać ciągu.
Pieniądze i środki zdobywał często z włamań do aptek, mijał się z prawdą, manipulował i prowadził grę z milicją. Stawiano mu diagnozy lekomanii i uzależnienia od opiatów, kierowano na obserwacje psychiatryczne – jedna z nich odbyła się w Lubiążu w 1974 roku – i osadzano w aresztach. Jak sam przyznawał, te przymusowe przerwy paradoksalnie kilka razy ocaliły mu życie. Najgłębszy upadek nastąpił w 1981 roku, w celi we Wrocławiu: licząc na przeniesienie na oddział szpitalny, wstrzyknął sobie rozpuszczoną czekoladę w okolice płuc i zaczął się dusić. Przeżył. Z więzienia, w którym poddano go leczeniu, wyszedł w 1983 roku – i, jak pokazała przyszłość, nie wrócił tam już nigdy.
Monar i pierwsze 1700 metrów innego życia
Punkt zwrotny rozpoczął się od głosu w więziennym radiowęźle. Górski usłyszał wtedy Marka Kotańskiego, założyciela Monaru, opowiadającego o ośrodku dla uzależnionych. Postanowił, że dostanie się tam za wszelką cenę. Droga okazała się kręta – kilkukrotnie odprawiano go z informacją o braku miejsc, więc brał kolejne dawki i wracał wpisać się na listę oczekujących, aż w końcu w 1984 roku przekroczył próg ośrodka. Był w takim stanie wyniszczenia, że przyjmująca go lekarka brała pod uwagę jego śmierć.
Terapia w Monarze opierała się między innymi na codziennym wysiłku fizycznym. Pierwszy poranek przyniósł dźwięk gwizdka – cała grupa ruszyła biegiem do parku i z powrotem. Te niespełna 1800 metrów było, jak wspominał, najdłuższym dystansem jego życia. Przystawał co kilka kroków, wymiotował, płuca paliły go jak po polaniu czymś żrącym. Mimo to biegł. Po kilku dniach poczuł coś, czego nie zaznał od lat – działanie endorfin.
Gazeta, która wszystko odwróciła
Iskrą stała się okładka gazety ze zdjęciem maratończyka Antoniego Niemczaka, który w marcu 1984 roku triumfował w maratonie w Wiedniu, a do tego telewizyjne ujęcia z zawodów triathlonowych. Górski oznajmił na głos, że kiedyś również w taki sposób przekroczy linię mety. Odpowiedział mu wybuch śmiechu i okrzyk, że to „marzenia narkomana”. Właśnie te słowa działały na niego jak napęd. Zaczął wstawać o czwartej rano i biegać – coraz dłużej i coraz szybciej.
Rękę wyciągnął do niego sam Niemczak, zawodnik Śląska Wrocław, który trenował w pobliżu ośrodka. Wysłuchał opowieści młodego mężczyzny z podkrążonymi oczami i zamiast go odprawić, zabrał do swojego domu. Uczył pokory i cierpliwości. Kiedy zalecał przebiegnięcie pięciu kilometrów, Górski pokonywał dziesięć. W ten sposób narodził się nowy, „zdrowy” nałóg: sport.
5 maja 1985 roku, ledwie po roku w Monarze, Górski stanął na starcie Maratonu Ślężan. Na 30. kilometrze dopadła go ściana, ale powtarzał sobie, że żaden ból nie dorówna narkotykowemu głodowi. Metę minął w czasie 3:54:38 – wyniku znakomitym jak na kogoś, kto trenował dopiero rok i miał za sobą lata nałogu. W ośrodku nikt nie umiał tego pojąć.
Maraton Nadziei i debiut w triathlonie
Domykając dwuletnią terapię, Górski chciał zostawić po sobie więcej niż własną przemianę. Razem z Markiem Kotańskim przygotował Maraton Nadziei – biegową sztafetę z Wrocławia do Warszawy, prowadzoną pod hasłem zaprzestania uprawy maku, czyli surowca polskiej heroiny. Bieg wyruszył 7 marca 1986 roku; uczestniczyło w nim ponad 80 osób, biegnących dniem i nocą, w asyście milicji i przy wsparciu PCK, z hasłem „Polaku, nie siej maku!”.
Następnie Górski przesiadł się na rower i samotnie objechał Polskę, zaglądając do kolejnych ośrodków Monaru i zbierając podpisy pod apelem. Pokonał ponad 3000 kilometrów. To w trakcie tej wyprawy, gdzieś na Pomorzu, natknął się w gazecie na zapowiedź zawodów triathlonowych w Płaczewie (Płaszewie) pod Gdańskiem. Wystartował z marszu, choć nie potrafił pływać – z wody wyszedł ostatni, na rowerze ustawił najcięższe przełożenia, a na metę dotarł jako jeden z ostatnich. I przepadł dla triathlonu na dobre. Forma i siła wypracowane podczas rajdu dookoła kraju szybko zaprocentowały: w jednym z następnych startów, w Ironmanie w Kaliszu, zajął już drugie miejsce, a niedługo potem wszedł na podium mistrzostw Polski.
1990: mistrzostwo świata w podwójnym Ironmanie
Górski nie znosił rozwiązań połowicznych. Marzył o Hawajach i ultradystansowym Ultramanie. Gdy amerykańscy organizatorzy puszczali jego zgłoszenia mimo uszu, postanowił udowodnić swoją klasę inaczej – sam zorganizował w Polsce wyścig o zbliżonym dystansie (między innymi 10 km pływania, setki kilometrów na rowerze i kilkadziesiąt biegu) i przeszedł go w czasie, który nieoficjalnie dawał mu drugi rezultat na świecie i pierwszy w Europie. Odzewu zza oceanu i tak się nie doczekał.
Zwieńczeniem jego kariery stał się jednak Double Iron Triathlon – podwójny Ironman rozegrany w 1990 roku w Huntsville w stanie Alabama, uznawany za nieoficjalne mistrzostwa świata. Górski zwyciężył i sięgnął po tytuł mistrza świata. Mordercze dystanse – 7,6 km pływania, 360 km na rowerze i 84 km biegu – złożyły się na wynik 24 godziny, 47 minut i 46 sekund.
Wypadek, który nie zabrał marzenia
Triumf nie przyniósł spokoju. Górski nadal celował w Hawaje, lecz plany pokrzyżowała mu kontuzja ścięgna Achillesa (1991, ponownie odnowiona rok później w trakcie maratonu w Nowym Jorku) oraz dramatyczny wypadek w 1994 roku – jadąc rowerem, został potrącony przez samochód. Połamane ręce, nogi i szczęka, obrzęk mózgu. Pierwszą myślą po przebudzeniu w szpitalu była ta, że znów nie pojedzie na Hawaje. Ćwiczenia podjął jeszcze na szpitalnym łóżku, podpięty do kroplówki.
Marzenie zrealizował w 1995 roku: wystartował i ukończył Ultramana na Hawajach – trzydniowy wyścig złożony z 10 km pływania, łącznie ponad 400 km roweru po wulkanicznym terenie i 84 km biegu. Mimo uszkodzonego sprzętu, pękających szprych i kolejnych pomyłek dojechał do mety. Kiedy uniósł ręce i zdjął czapkę, wiedział, że osiągnął spełnienie.
Drugie życie: sport w służbie pomagania
Po zakończeniu wyczynowego ścigania się Górski nie osiadł na laurach. Powołał do życia firmę Sport Górski i zajął się organizacją zawodów – triathlonów, maratonów oraz biegów. W jego dorobku znajdują się między innymi liczne edycje Sława Triathlon, Cross Straceńców w Głogowie czy „Marszobieg ludzi dobrej woli”, w trakcie którego co roku udaje się zebrać i przekazać potrzebującym rodzinom całą ciężarówkę żywności. W 2012 roku, by wesprzeć potrzebujących, pokonał wpław niemal dwa kilometry w grudniowej Odrze.
Osobne miejsce w jego aktywności zajmują więzienia. Kiedy odebrał mail z zakładu karnego w Rawiczu z prośbą o pomoc przy organizacji biegu, nie umiał go zlekceważyć – przecież sam kiedyś ratował się bieganiem. Tak narodziła się „Złota setka”, półmaraton rozgrywany na 200-metrowym spacerniaku rawickiego więzienia, z prawdziwym zabezpieczeniem medycznym, pakietami startowymi i dekoracją. Pomysł rozprzestrzenił się na kolejne zakłady karne. Górski nazywa rzecz po imieniu: choć formalnie nikt nie mówi o resocjalizacji, jest nią właśnie – bo biegania, w przeciwieństwie do programów resocjalizacyjnych, nie da się udawać.
Filozofia: słaby Górski, silny Górski
Pytany o sens tej pracy, mówi o prowokacji. Jest przekonany, że dla ludzi zagubionych, sfrustrowanych i zmęczonych – tych, którzy chcieliby coś w swoim życiu odmienić, lecz jeszcze o tym nie wiedzą – sport stanowi najlepsze rozwiązanie. Sam codziennie staje przed lustrem i pyta, czy jest silny: skoro od dziesięcioleci nie pije i nie pali, to chyba trochę silny – ale skoro wciąż mu się chce, to też trochę słaby. W jego przekonaniu wszyscy jesteśmy zarazem słabi i silni; potrzebujemy jedynie czegoś, czego można się chwycić, gdy się potykamy. Pasji, czyli sensu.
„Najlepszy”: opowieść, która trafiła na ekrany
Życiorys Górskiego okazał się gotowym materiałem na opowieść o ogromnej sile. W 2017 roku dziennikarz Łukasz Grass, we współpracy z samym sportowcem, wydał książkę „Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą”, która w ciągu kilku miesięcy weszła na listę bestsellerów i rozeszła się w nakładzie ponad 50 tysięcy egzemplarzy. Na jej kanwie powstał film „Najlepszy” w reżyserii Łukasza Palkowskiego, dzięki któremu historia Górskiego dotarła do szerokiej widowni.
Bilans tego zawodnika to obecnie kilkanaście ukończonych startów na dystansie Ironmana oraz ponad 50 maratonów. Był wielokrotnie wyróżniany – otrzymał między innymi nagrodę ONZ „Mistrz sportu, mistrz życia” oraz tytuł Olimpionika „Przeglądu Sportowego”.
Kalendarium najważniejszych dat i osiągnięć
- 4 grudnia 1954 – urodził się w Legnicy.
- Koniec lat 60. – lata 70. – kilkanaście lat uzależnienia (morfina, kodeina, klej, alkohol, heroina), areszty, więzienie, obserwacje psychiatryczne (Lubiąż 1974).
- 1981 – we wrocławskiej celi omal nie umiera po wstrzyknięciu rozpuszczonej czekolady w okolice płuc.
- 1983 – wychodzi z więzienia, do którego już nigdy nie wraca.
- 1984 – trafia do Monaru Marka Kotańskiego; pierwsze biegi terapeutyczne.
- 5 maja 1985 – Maraton Ślężan, czas 3:54:38 po roku treningu.
- 7 marca 1986 – start Maratonu Nadziei (sztafeta Wrocław-Warszawa); samotny rajd rowerowy ponad 3000 km dookoła Polski i pierwszy triathlon w Płaczewie.
- 1990 – wygrywa podwójnego Ironmana (Double Iron Triathlon) w Huntsville w Alabamie – nieoficjalne mistrzostwo świata; czas 24:47:46 na dystansie 7,6 km pływania, 360 km roweru i 84 km biegu.
- 1994 – poważny wypadek na rowerze (potrącenie przez samochód).
- 1995 – kończy Ultramana na Hawajach, spełniając największe sportowe marzenie.
- 2012 – przepływa niemal 2 km w grudniowej Odrze w akcji charytatywnej.
- 2017 – ukazuje się książka „Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą” Łukasza Grassa, podstawa filmu „Najlepszy” w reżyserii Łukasza Palkowskiego.
- Założyciel firmy Sport Górski, organizator zawodów i półmaratonu „Złota setka” w więzieniu w Rawiczu; laureat wyróżnienia ONZ „Mistrz sportu, mistrz życia”.
Historia Jerzego Górskiego nie głosi, że talent zawsze bierze górę. Mówi o czymś innym – że upór, pasja i umiejętność przekuwania bólu w paliwo potrafią wyprowadzić człowieka z samego dna na mistrzowskie podium, a następnie zawrócić go z powrotem, by podał rękę tym, którzy wciąż tam tkwią.







